Warszawa
18°
mgiełka
wilgotność: 100%
wiatr: 2m/s płd.
Max: 18 • Min: 18
Weather from OpenWeatherMap

„Brzydula” teledysk Artura Tarczyńskiego Diwers Dance + wywiad

 

Znany ze swojego przeboju „Podejdź i pocałuj”, który jako pierwszy wyszedł spod pióra artysty, wzbija się na szczyt. Artur Tarczyński opowiada o swoich muzycznych początkach, pasjach i inspiracji, która pozwala mu iść dalej.

L.S.: Jak zaczęła się Twoja przygoda z muzyką?

A.T.: Nie nazwałbym tego przygodą, muzyka to moja pasja, z którą wiążę swoją przyszłość, a jej początki to bardzo wczesne dzieciństwo, już wtedy podśpiewywałem zasłyszane w radiu kawałki. Pan Władysław Jasiński, wybitny nauczyciel muzyki w szkole podstawowej zawsze powtarzał, że powinienem rozwijać się w kierunku artystycznym. W wieku 12 lat wygrałem konkurs wokalny na obozie harcerskim. Już jako małolat pogrywałem po weselach. Właśnie wtedy, gdy obserwowałem ze sceny bawiących się weselników, po raz pierwszy zauważyłem, ile radości może dać ludziom muzyka. To właśnie wtedy uzmysłowiłem sobie, że właśnie to chcę robić – dawać ludziom uśmiech, szczęście, chwilowe oderwanie się od ponurej rzeczywistości, w jakiej sam się wychowałem.

L.S.: Kto zaszczepił w Tobie miłość do muzyki? Twoi rodzice nie są związani z branżą. Jak zareagowali na pomysł syna, który z dni na dzień oznajmił im, że rzuca gospodarstwo i zostaje muzykiem?

A.T.: Nikt. Nie miałem żadnego wzorca, którym się inspirowałem. To narodziło się razem ze mną. Jestem jedynym powiązaniem moich rodziców z muzyką (śmiech). Pochodzę z Bedlna, bardzo małej miejscowości w okolicy Kutna. W latach 80’ nikt tam nie myślał o śpiewaniu. Jak rodził się chłopak, od razu było wiadomo, że przejmie ojcowiznę, a nie będzie marzyć o scenie. Pamiętam czasy, kiedy wyczekiwało się świąt, ale nie ze względu na prezenty – całą rodziną czekaliśmy na mandarynki. To mi dawało motywację, by odnieść sukces, by nauczyć się żyć nie tylko muzyką, ale i dzięki niej. Rodzice byli sceptycznie nastawieni do moich planów, aczkolwiek mama zawsze we mnie wierzyła, choć początki nie były idealne. Kiedyś postanowiłem nauczyć się grać na gitarze. Uciążliwe brzdąkanie na kilku poszarpanych strunach za 50zł doprowadzało do bólu głowy, wtedy ojciec nie wytrzymał i rozbił mi pierwszą gitarę (śmiech). Nie przyniosło to jak domniemam oczekiwanych rezultatów, bo z uporem maniaka próbowałem dalej. Grałem na wszystkim, co miałem pod ręką, urozmaicając koncerty piskliwym wokalem. Kiedy już zacząłem reprezentować poziom, który dało się względnie słuchać, machnęli ręką i sami zrozumieli, że muzyka jest tym, co sprawia, że chcę żyć.

L.S.: Zaczynałeś od strun i nagle zamiłowanie do klawiszy. Czy ten eksperyment też przepłaciłeś jakimś zniszczeniem?

A.T.: (śmiech) Nie. Klawisze nie pojawiły się tak nagle. Prawda jest taka, że aby grać wystarczy mieć słuch i podstawy, jakimi rządzą się poszczególne instrumenty. Po nieudanych próbach z gitarą, zaintrygowały mnie talerze. Rodzice postanowili wysłać mnie do szkoły muzycznej. Za ostatnie pieniądze dali mi możliwość rozwijania się jako perkusista. Wystarczyło mi 1,5 roku, by przyswoić specyfikę tego sprzętu. W przerwach podpatrywałem kolegów z klas pianistycznych i to był tak naprawdę początek mojego zainteresowania klawiszami. Kiedy znudziła mi się nauka gry na perkusji, postanowiłem nie nadwyrężać już dłużej budżetu rodziców. Znałem podstawy, wiedziałem jak uderzyć, by wydobyć konkretny dźwięk, reszty mogłem douczyć się samodzielnie w domu. Tak też zrobiłem. Doszkalając się na talerzach, z podpatrywania rozpocząłem próby z keyboardem. W czasach komunizmu nie każdy miał dostęp do tego typu rzeczy. Jak trzeba wykarmić rodzinę, nie ma czasu, by myśleć o muzyce. Jeździłem więc na rowerze do Kutna, gdzie nauczyciel muzyki pozwalał mi ćwiczyć na swoich instrumentach.

L.S.: Komuna, hippi, klimaty rocka, a Ty dumnie i prężnie w klimaty disco polo. Nigdy nie pociągała Cię epoka „dzieci kwiatów”? Szczerze, trudno sobie ciebie wyobrazić z długimi włosami w koszuli w kwiaty.

A.T.: Kiedyś miałem włosy i wbrew pozorom, pamiętam jeszcze te czasy (śmiech). Choć faktycznie zazwyczaj chodziłem krótko ostrzyżony to też ze względu na moją ówczesną profesję. Bramkarz nie może sobie pozwolić na zbyt ekstrawagancki styl. Mi to pasowało, zawsze byłem zbuntowanym chłopcem, taki trochę szybki, wściekły (śmiech). Nawet media ostatnio okrzyknęły mnie polskim Pit Bull’em (śmiech). Nigdy o tym nie wspominałem, ale moja relacja z muzyką nie zaczęła się wcale od disco polo. Bywały momenty, w których usilnie poszukiwałem własnej drogi, kierunku, w którym podążę jako artysta. Przeszedłem przez popularny ówcześnie rock, a nawet przez chwilę byłem metalowcem. W pewnym wieku doszedłem do wniosku, że tłum ludzi skaczących w pogo, nie jest szczytem moich aspiracji i choć wszyscy folgowali sobie i nadal to robią z disco polo, nie zauważyłem drugiego takiego gatunku, który łączy aż tyle pokoleń. Kiedy w latach 90’ stałem na bramkach okolicznych klubów, gdzie grywały największe gwiazdy, widziałem te tłumy „zabijające się” o jeden autograf, te okrzyki i szaleństwo fanów… Już wtedy wiedziałem, że to właśnie ten rodzaj muzyki będę tworzyć. Marzyłem w kuluarach, by kiedyś zamienić się z nimi miejscami, wejść na scenę i porwać publiczność do tańca. Sen się ziścił, a ja nadal nie przestaję marzyć.

L.S.: O czym może jeszcze marzyć Diwers Dance?

A.T.: Marzenie jest czymś co pomaga się rozwijać i iść dalej. Człowiek bez marzeń czuje się wypalony i wypłowiały. Nigdy nie można powiedzieć, że ma się już wszystko, bo to znak, że pora umierać. Wierzę, że każdy z nas potrzebuje takiego motoru, który będzie nas napędzać – dla mnie tym motorem są marzenia. Jednym z nich jest na pewno duet z Marcinem Millerem. Pamiętam, jak w 96’ na jednej z dyskotek, wszedłem na scenę podczas jego koncertu i razem odśpiewaliśmy „Jagódkę” To było nieopisane przeżycie dla prostego chłopaka z Bedlna. Dziś chciałbym oficjalnie nagrać z nim jakiś utwór, zrobić do tego wyrywający z butów teledysk i zadedykować ten kawałek rodzicom, którzy zawsze wierzyli w mój sukces. To byłoby chyba dla nich najpiękniejsze „dziękuję”.

L.S.: Zawsze powtarzasz, że ciężkie dzieciństwo motywowało Cię do ciężkiej pracy. Wytrwale wspinałeś się tyle lat. Czy osiągnąłeś już to, czego chciałeś?

A.T.: Na pewno osiągnąłem dużo. Pragnąłem śpiewać i to robię. Żyję ze swoich pasji i to jest piękne, ale czy to jest wszystko? Chciałbym kiedyś wybudować dom, w którym po każdym koncercie będzie na mnie czekać żona i gromadka dzieci. Nie są to jakieś nadzwyczajne marzenia, dużo mężczyzn śni o domu, drzewie, synu i ukochanej kobiecie, która go urodzi. Jeżeli chodzi o karierę, jest to taka branża, że nigdy nie jest się wystarczająco dobrym, by zdobyć szczyt i osiąść na laurach. Cały czas jest to trudna i żmudna praca, ale dająca mi wiele radości.

L.S.: Jak wspomniałeś, media określiły Cię „polskim Pit Bull’em”. Czy Diwers Dance się z nim w pewien sposób utożsamia?

A.T.: Pit Bull to gość z charakterem i ja też taki jestem. Mogę być Twoim najlepszym przyjacielem, ale i najgorszym wrogiem. Kiedyś byłem dość porywczy i nie trzeba mnie było długo namawiać. Dziś poskramia mnie moja druga żona, za co jestem jej bardzo wdzięczny. Gdyby nie ona, nie wiem, gdzie bym teraz wylądował (śmiech). Pit Bull to fenomenalny artysta, choć gramy zupełnie odmienne klimaty, zainspirował mnie do mojej najnowszej produkcji „Dziewczyna z tatuażem”, której premiera już niebawem – będzie trochę Diwers’owo, trochę Pit Bull’owo. W ogóle z tym Pit Bull’em zaczęło się od kiedy nawiązałem współpracę z Danielem Wrocławkiem, to właśnie mój manager jako pierwszy zauważył podobieństwo. Po pierwszym spotkaniu zapisał mnie w telefonie „polski Pit Bull”. Z początku nie brałem tego specjalnie do siebie, aczkolwiek po czasie zauważyłem niejaki związek z tym artystą. Nie ukrywam, iż zestawienie z tak potężnym artystą jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem.

L.S.: „Dziewczyna z tatuażem”, czy inspiracją była Twoja obecna żona?

A.T.: Po części na pewno, choć nie ma ich aż stu, jak jest to ujęte w słowach piosenki. Niemniej jednak większość swoich utworów dedykuję właśnie dla niej. Kasia jest moją inspiracją, ostoją i wsparciem.

L.S.: Arturze, Ty też masz tatuaż. Czy ma on dla Ciebie jakieś specjalne znaczenie?

A.T.: Tak. W tym roku wytatułowałem sobie pięciolinię z nutami, która jest oczywistym symbolem muzyki, która jest całym moim życiem. Z racji wieku, nie jest to gówniarski wybryk, tylko w pełni przemyślana decyzja, której nigdy nie będę żałował. Tatuaż ten to znak, że nigdy nie rozstanę się ze swoją pasją. Jest to permanentne powiązanie z moim własnym bogiem – z muzyką.

L.S.: Muzyka to Twój sposób na życie. Śpiewanie to Twoje hobby, ale także praca. Jak zatem wygląda Twój czas wolny, o ile takowy posiadasz? On także jest przepełniony dźwiękami?

A.T.: Wolne chwile spędzam na inspirowaniu się do tworzenia tekstów. Jadę do rodziców, siadam pod drzewem z długopisem i blokiem. Piszę, kreślę, rwę kartki dopóty, dopóki nie będę całkowicie usatysfakcjonowany przelanymi na papier emocjami. Aktualnie faktycznie ciężko jest mówić o wolnym. Powoli zaczynam zapominać znaczenie słowa „urlop” (śmiech). Mój manager, Daniel Wrocławek systematycznie zapełnia najmniejsze luki w kalendarzu. Przygotowuję się więc do koncertów, imprez prywatnych i festiwali, na których będę miał przyjemność występować. Jednym z nich jest m.in. gala w Zakroczymiu (14.08), na którą już serdecznie zapraszam.

L.S.: A propos Twojego managera, jak Ci się współpracuje z Danielem Wrocławkiem? Jest to dość kontrowersyjna postać ostatnimi czasy. Jest surowym opiekunem czy raczej pobłażliwym partnerem biznesowym?

A.T.: Uwielbiam z nim współpracować. Cenię go zarówno jako biznesmana, jak i człowieka. Jest to niesamowicie otwarta i kreatywna postać. Pomysł ze stworzeniem kawałka w klimacie Pit Bull’a to m.in. jego pomysł. Nie ukrywam, iż jest wymagającym managerem, ale to tylko pozytywnie wpływa na rozwój mnie jako muzyka. No cóż, jest profesjonalistą i chwała mu za to. Mam nadzieję, że jeszcze długo będziemy współpracować i wzajemnie rozwijać.

Rozmawiała Luiza Stankiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Telewizja Warszawa działa na rynku od 2011 roku. Obecnie po czterech latach działalności w świecie mediów zmienia swój kontent, wprowadza nowe udogodnienia dla widzów oraz wyznacza sobie nowe cele, o których mogą Państwo poczytać na stronie o nas.
Daniel Wrocławek – właściciel stacji
Telewizja Warszawa
korespondencja:
Al. Solidarności 115 lok.2
00-140 Warszawa

Nowości

Newsletter